Ludzie
Wieczór przy piecu, czyli klub, którego nikt nie zakładał
Po zamknięciu
Kto zostaje po północy

Kiedy ostatnie rozdanie dobiega końca, a sala gier cichnie, część gości nie wychodzi od razu. Przechodzą do jadalni, siadają na ławkach przy kaflowym piecu i proszą Renatę o jeszcze jedną herbatę. Ja zwykle dołączam, bo to najlepszy moment dnia: kuchnia jest już posprzątana, krupierzy odpoczywają, a ciepło pieca wciąż trzyma się w kaflach.
Rozmowy nie mają tematu. Raz mówi się o pogodzie w górach, innym razem o dawnych turnusach, a czasem o tym, że ktoś w tym roku pierwszy raz zjechał z trudnego stoku i do tej pory nie może w to uwierzyć. Nikt nikogo nie ocenia, nikt nie spieszy. Piec grzeje, herbata paruje, godziny mijają niezauważenie.
Czego tu nie ma
Bez legitymacji i bez statutu
Ten nieformalny klub nie ma nazwy, składek ani zarządu. Kto chce, siada; kto nie chce, wychodzi. Jedyną zasadą jest to, że przy piecu nie rozmawia się o grze dłużej niż pięć minut, bo od tego mamy wieczory przy stołach. Reszta to opowieści o domu, o górach i o ludziach.
Księga przy piecu
Na parapecie leży gruby zeszyt, w którym każdy może zostawić zdanie. Zapisują się tam przepisy na kisiel, wskazówki, którędy najlepiej zejść ze Skrzycznego, rysunki nart i, od czasu do czasu, krótkie podziękowania. Zeszyt jest już drugi, a pierwszy leży w szafie jak relikwia.
Jeśli chcesz dołączyć, nie musisz niczego robić. Wystarczy zostać po ostatnim rozdaniu i powiedzieć Renacie, że prosisz o herbatę.
Księga przy piecu ma już drugi tom, a w pierwszym, jak twierdzi Renata, znalazłby się materiał na małą powieść. Wczoraj ktoś dopisał, że najlepsza rozmowa jego życia odbyła się o pierwszej w nocy na ławce przy kaflach, kiedy już wszyscy wyszli. Zachowamy ten wpis na zawsze.